Beata
była piękną kobietą. Jej uroda olśniewała nawet wtedy, gdy
miała 50 lat i w swojej epoce była już uważana za kobietę w
podeszłym wieku. Była też bajecznie bogata. Dzięki udanemu
zamążpójściu i szybkiej śmierci męża (zmarł pół
roku po ślubie), odziedziczyła ogromny majątek, który
szybko umiejętnie pomnożyła. Uroda i majątek nie szły w parze z
charakterem Beaty – cechowała ją wyniosłość, pazerność,
poczucie wyższości i złośliwość.
Beata
z Kościeleckich primo voto Ostrogska secundo voto Łaska była też
bodaj najbardziej, poza królową Boną, w której
czasach żyła, znaną i liczącą się kobietą w Królestwie
Polskim i Księstwie Litewskim. Na piedestał wyniosła ją przede
wszystkim fortuna, ale też całkowita samodzielność w podejmowaniu
decyzji i ogromna niwzależność, co w XVI w. raczej u kobiet nie
było spotykane.
Do
naszych czasów pamięć o niej przetrwała jednak nie z powodu
jej majątku czy dość trudnej osobowości, ale zupełnie innej
przyczyny – małego epizodu w jej życiu, który sprawił, że
zapisała się na stałe w poważnych opracowaniach dotyczących
Tatr, a imię jej jest wciąż powtarzane przez każdego znawcę
historii zdobywania naszych gór.
Zamek
w Kieżmarku, tu mieszkała rodzina polskich awanturników:
Hieronim, a potem jego syn Olbracht Łaski.
PIERWSZY
TURYSTA TATRZAŃSKI BYŁ KOBIETĄ
Beata
z Kościeleckich Łaska była bowiem pierwszym znanym z imienia i
nazwiska turystą tatrzańskim. Nie turystką, ale turystą, bo
pierwszą osobą, która w góry wybrała się dla
przyjemności, była właśnie kobieta. I do tego Polka. Co prawda
poszła w góry od strony słowackiej (z Kieżmarku), ale
była polską księżną (naprawdę była Polką po ojcu, a po matce
Czeszką), była żoną Polaka, wyruszyła z zamku, który
należał do polskiej rodziny Łaskich i z miasta, które co
prawda było węgierskie i zamieszkałe głównie przez
Niemców, ale oddane pod zastaw królowi polskiemu, więc
też właściwie polskie.
Pierwsza
informacja o Beacie jako pierwszej turystce ukazała się dopiero w
1893 r. W swoim artykule Niemiec Samuel Weber napisał, że Beata z
Kościeleckich Łaska w 1565 r. odbyła podróż do Doliny
Kieżmarskiej. W 1925 r. kolejny Niemiec Jan Duerr podał szczegóły
tej wyprawy: najpierw powozem, potem konno dotarła do Zielonego
Stawu. Źródło tej informacji znajduje się w kronice
Kieżmarku (pisanej również po niemiecku) z czasów
pobytu Beaty w mieście – kronikarz zapisał, że Beata w Zielone
Świątki udała się w otoczeniu licznych mieszczan w Śnieżne Góry
(tak wtedy nazywano Tatry). W 1804 r. Niemiec Christian Genersich w
swojej pracy poświęconej Kieżmarkowi (pisanej po niemiecku)
zamieścił informację, że Beata wybrała się w góry i
„znajdowała ona wiele upodobania w tej okolicy”. Niemcom zatem
nasza rodaczka zawdzięcza swoje zaszczytne miejsce w historii
zdobywania Tatr.
W
ciągu dziesięcioleci od ogłoszenia Beaty pierwszą tatrzańską
turystką ukazało się także kilka prac polskich, których
autorzy próbowali odtworzyć tamto wydarzenie. Przez wiele lat
podawano, że Beata odbyła wycieczkę w Zielone Świątki 11 czerwca
1565 r. Wyruszyła w otoczeniu licznej służby powozem z Kieżmarku
(w linii prostej do Doliny Kiezmarskiej jest 12 km), następnie
podróżowała konno i prawdopodobnie dotarła aż do Zielonego
Stawu (choć tu nie ma pewności). Niektóre źródła
podają, że Beata udała się w góry z mężem, Olbrachtem
Łaskim.
Czy
rzeczywiście tak było? Józef Nyka, znawca Tatr, autor
najpopularniejszych przewodników tatrzańskich, poddał
całkiem niedawno w wątpliwość wszystkie przekazywane dotąd fakty
poza datą wycieczki i tym, że się odbyła. Twierdzi, że Beata nie
mogła udać się do Doliny Kiezmarskiej, bo po pierwsze podróż
taka wtedy zajmowała bardzo dużo czasu i Beata musiałaby nocować
w górach, a wycieczka trwała tylko jeden dzień, a po drugie
nie mogła tam dojechać ani powozem, ani konno, bo było to wtedy
niemożliwe, bardzo trudno było pokonać tę drogę nawet pieszo. Na
podstawie źródeł historycznych dotyczących Kieżmarku,
Józef Nyka wysnuwa wniosek, że Beata pojechała z mężem na
obchody Zielonych Świątek, które już wtedy odbywały się u
podnóża Sławkowskiego Szczytu. Beata trafiła ze swoją
wyprawą do kroniki miejskiej ze względu na to,że w tamtych czasach
było niespotykane, aby kobieta z jej sfery wybrała się w
towarzystwie mieszczan na mieszczański festyn. Kronikarz postanowił
odnotować to niesłychane zdarzenie.
Z tą
wyprawą związana jest piękna, choć smutna legenda. Mówi
ona, że Beata, gdy po przyjeździe z nowo poślubionym mężem do
jego zamku w Kieżmarku zobaczyła Tatry, tak się w nich zakochała,
że postanowiła zobaczyć jej z bliska. W tajemnicy przed mężem
wybrała się na wycieczkę nad Zielony Staw do Śnieżnych Gór.
Gdy wróciła, okrutny mąż, za to, że bez jego wiedzy i
zgody sama pojechała w góry, kazał ją zamurować w wieży i
więził ją tam sześć długich lat. W wysokiej wieży znajdowały
się dwa okna – przez jedno podawano Beacie w uwiązanym na sznurku
koszu jedzenie, a przez drugie mogła patrzeć na swoje ukochane
Tatry.
DZIWNE
MIASTO
Główna
uliczka w mieście - czysta, zadbana i pusta.
To
właśnie ta legenda oraz to, że jestem imienniczką pierwszej
tatrzańskiej turystki (co nieraz z dumą podkreślam) przywiodły mnie do Kieżmarku. Chciałam zobaczyć Tatry z miejsca, z którego
patrzyła na nie Beata i wejść do wieży, w której została
uwięziona.
Do
Kieżmarku dotarłam przez Porad. Do Popradu przyjechałam polskim
autobusem z Zakopanego, a stamtąd pociągiem osobowym do Kieżmarku.
Nie mam samochodu, nie mam nawet roweru i przyznaję, że
przemieszczanie się środkami komunikacji publicznej u naszych południowych sąsiadów nie jest łatwe.
Wciąż jest się uzależnionym od rozkładów jazdy, które
raczej nie są dostosowane do potrzeb podróżników. Po
Słowacji ciężko podróżuje się też w niedzielę -
autobusy i pociągi jeżdżą wtedy o wiele rzadziej niż w dzień
powszedni. Za to w weekend jest większa szansa, że bez problemów
załapiemy się na zwiedzanie zamku czy muzeum z przewodnikiem.
Anglik
Rob Humphreys w przewodniku po Słowacji z 1997 r. napisał o
Kieżmarku, że jest to „dziwne miejsce, łączące w sobie typowe
cechy niemieckiego miasteczka i sennej słowackiej wioski”. Może
nie do końca zgodzę się z określeniem „dziwne”, ale
rzeczywiście, gdy pospacerujemy trochę dłużej po Kieżmarku
zobaczymy, że sąsiadują tu ze sobą ulice i domy, pochodzące z
różnych światów. Główna uliczka miasteczka z
dumą prezentuje rzędy uroczych 18-to i 19-to wiecznych
mieszczańskich kamieniczek w pistacjowych kolorach. Na sąsiedniej
ulicy stoją parterowe domy ze spadzistymi dachami, charakterystyczne
dla starej wsi. Po przejściu przez drogę przelotową przez miasto
zobaczymy typowe socjalistyczne bloki z praniem wywieszonym na
balkonach. Wzdłuż rzeki stoją ustawione jeden obok drugiego
współczesne dacze, ogrodzone metalowymi siatkami i z psami na
podwórku. No i są jeszcze kościoły wybudowane w różnych
stylach i okazałe protestanckie pałace. Pomieszanie z poplątaniem,
które pokazuje, że Kieżmark przez lata był miejscem
zamieszkania różnych narodowości, ludzi pochodzących z
różnych sfer i wyznawców różnych religii.
Wiejska
część miasta, sporo tu takich miejsc.
Jednym
z najcenniejszych zabytków tego małego miasteczka (ok. 13
tys. mieszkańców) jest kościół artykularny – jeden
z sześciu zachowanych na Słowacji do dziś i jeden z trzech
wpisanych na listę UNESCO. Powstał na początku XVIII w., jest do
dziś funkcjonującą świątynią protestancką. Zbudowany został z
drewna, ma bielone ściany i wygląda trochę jak kwoka wysiadująca
pisklaki, ale robi naprawdę niesamowite wrażenie. Warto zobaczyć
to cacko.
Kościół
artykularny – do dziś służy lokalnym ewangelikom.
Skoro
już o sprawach duchowych, to koniecznie też trzeba zajrzeć na
zabytkowy cmentarz – znajdują się tu groby słowackich katolików
(na środku), a wokół grobowce mieszkających tu kiedyś
Węgrów i Niemców – każdy z nich wygląda jak fasada
mieszczańskiej kamienicy, też pomalowany w pistacjowe kolory.
Pistacjowe
grobowce na zabytkowym cmentarzu.
Warto
zresztą przespacerować się po całym miasteczku i obejrzeć także
ratusz, budynek liceum ewangelickiego, redutę, zachowany do dziś
fragment murów obronnych z czasów średniowiecza czy
budynek dworca kolejowego, pamiętający czasy CK Monarchii.
DWA
OKNA W WIEŻY
Wieża,
w której zgodnie z legendą, została zamurowana Beata.
Oczywiście
najważniejszą budowlą w Kieżmarku jest zamek. Został wybudowany
w połowie XV w. jako zamek gotycki, potem wielokrotnie był
przebudowywany, zyskał styl renesansowy, następnie barokowy.
Pierwszymi jego właścicielami byli Węgrzy Zapolyowie, w XVI w.
zamek dostał się w ręce polskiej rodziny Łaskich, potem przejęła
go węgierska rodzina Thököly.
Już w XVIII w. zamek przeszedł na własność miasta. Dziś mieści
się tu muzeum, prezentowane są też wystawy ukazujące dzieje zamku
i związane z nim rodziny oraz kilka ważnych osobistości i
wydarzeń z dziejów miasta.
Mnie
oczywiście najbardziej interesowało miejsce, w którym
została uwięziona Beata. Docieramy do niego prawie na samym końcu
zwiedzania, być może dlatego, że oglądaniu wieży towarzyszy
atrakcja - podziwianie panoram Kiezmarku i Tatr z górnej
części budowli, a atrakcje powinny pojawiać się na końcu.
Wieża
została postawiona ze średniowiecznych ociosanych kamieni, jest
okrągła, ma wysokość około trzech-czterech pięter, posiada
cztery małe okna, a jej średnica wynosi może 20 metrów;
dziś jest pokryta drewnianym dachem. Robi dość ponure wrażenie,
wieje chłodem i pustką. Aż trudno uwierzyć, że Beata przeżyła
tu sześć lat i nie zwariowała. Aby zobaczyć kawałek świata
musiała wejść po schodach (których już nie ma) i wyjrzeć
przez małe okienko. Przez jedno z nich rzeczywiście, przy ładnej
pogodzie, można podziwiać panoramę Tatr, wczesnym latem wzbogaconą
o ścielącą się u podnóża ogromną żółtą łąkę.
Drugie okienko, tych samych rozmiarów, wychodzi na miasteczko,
ale Beata podobno przez to okno nie wyglądała, tędy odbierała koszyk z jedzeniem.
Taki
widom mogła mieć Beata z jednego z okien wieży.
Legendę
o okrutnym Olbrachcie i jego nieszczęsnej żonie usłyszymy od
przewodniczki. Niestety, mój słowacki jest jeszcze zbyt
słaby, bym mogła wyjaśnić pewne ewidentne nieścisłości
rzucające się już od pierwszej chwili pobytu w wieży. Choćby
schody,o których mówiła przewodniczka - nie ma po nich
śladu. Może Beata do okna dostawała się wchodząc po drabinie? Do
okien też mam zastrzeżenia – bo w wieży jest ich cztery, a nie
dwa i wyraźnie wszystkie pochodzą z tego samego czasu. I dalej -
czy wieża była zadaszona już za czasów Beaty? Dach wygląda,
jakby pojawił się najdalej w ubiegłym stuleciu. I jak Beata
przetrwała sześć lat w zimniej wieży i nie zapadła na zapalenie
płuc? Zresztą, jeśli przejrzymy opracowania historyczne to
zobaczymy, że Olbracht więził żonę przez 11, a nie 6 lat. Jak
było więc naprawdę?
Wnętrze
wieży i okna – przygnębiający widok.
Beata
została w kieżmarskim zamku na zawsze. Co prawda, gdy po 11 latach
została uwolniona, pojechała do Koszyc i tam po roku zmarła, ale
jej zwłoki zostały przywiezione z powrotem do Kiezmarku i tu
została pochowana w zamkowej kaplicy, prawdopodobnie tej, którą
oglądamy (z góry) na sam koniec zwiedzania i która
stanowi najstarszą zachowaną część zamku.
Przy
wyjściu czeka nas jeszcze jedno spotkanie z Beatą. W 2012 r. w
Kieżmarku odbyła się konferencja naukowa poświęcona rodzinie
Łaskich i jej związkom z miastem. To wtedy spróbowano
odtworzyć stroje, w jakich Olbracht i Beata prawdopodobnie wybrali
się w góry. W szklanych gablotach stoją dwa manekiny
naturalnych rozmiarów w strojach z tamtej epoki.
PIWO
I PAPIEROSY
Kieżmark
to bardzo urocze miasteczko, ale uśpione swoim lenistwem. Kiedy tu
przyjechałam, ulice były puste i przez cały czas wydawało mi
się,że wciąż trwa wczesny poranek, a ludzie przekręcają się z
jednego boku na drugi i nawet nie myślą o tym, by wstać, a co
dopiero gdzieś wyjść.
Są
jednak dwa miejsca w Kieżmarku, które tętnią życiem od
samego rana - to dwa bary piwne, jeden blisko dworca, drugi zaraz
przy zamku. Już z daleka słychać dochodzący z nich gwar, głośne
rozmowy i śmiechy. W takich barach przesiadują mężczyźni.
Przychodzą napić się piwa, a przy okazji pogadać z kumplami,
nawet jeśli jest dopiero ósma rano.
Reklama
piwa Tatran na fasadzie baru piwnego niedaleko dworca, podobno Tatran
na Słowacji jest o wiele popularniejszy niż
Zlatý
Bažant.
Piwo
nie było dla mnie zaskoczeniem, w końcu to zwyczaj ogólnosłowiański.
Ale papierosy już mnie trochę zdumiały. My Polacy bywamy dość
restrykcyjnym narodem i każdy zakaz jest dobrą okazją, by
pozatruwać życie innym. Słowacy – przeciwnie. Są raczej
wyluzowani i tolerancyjni dla swoich małych przywar.
Kiedy na stacji w Kieżmarku czekałam na pociąg do Popradu, nadjechał skład w przeciwną stronę, drzwi się otworzyły i wysiadło kilka osób obojga płci. Stanęli na peronie, wyjęli papierosy i rozmawiając spokojnie i bez pośpiechu palili. Kiedy wszyscy skończyli i wsiedli z powrotem, konduktorka dala znak do odjazdu i pociąg pojechał dalej. I to jest chyba powód dla którego pociągi na Słowacji jeżdżą trochę niepunktualnie.
Kiedy na stacji w Kieżmarku czekałam na pociąg do Popradu, nadjechał skład w przeciwną stronę, drzwi się otworzyły i wysiadło kilka osób obojga płci. Stanęli na peronie, wyjęli papierosy i rozmawiając spokojnie i bez pośpiechu palili. Kiedy wszyscy skończyli i wsiedli z powrotem, konduktorka dala znak do odjazdu i pociąg pojechał dalej. I to jest chyba powód dla którego pociągi na Słowacji jeżdżą trochę niepunktualnie.
LEGENDA
ZOSTAŁA
Oczywiście
opowieść o szlachetnej Beacie, która zapałała miłością
do Tatr i za tę miłość została okrutnie ukarana, to bujda na
resorach. Podobno wcale nie wyrwała się w góry podczas
nieobecności męża, a wręcz z mężem podróż odbyła.
Podobno wcale nie wybrała się nad Zielony Staw w Dolinie
Kiezmarskiej, ale do znanego wtedy zdroju, mieszczącego się na
terenie obecnego Starego Smokowca, dotarła więc do podnóża
gór, a nie w góry. Podobno wcale nie pojechała tam, by
zobaczyć z bliska „Śnieżne Góry”, ale na doroczne
obchody Zielonych Świątek. I podobno wcale nie wyruszyła z chęci
zamanifestowania swojej niezależności, ale z chęci przypodobania
się mieszkańcom Kiezmarku, którym nie przypadła do gustu
ponad 20 lat starsza żona pana na ich zamku. Podobno też Beata
wcale nie została zamurowana w wieży z jedną służącą, ale mąż
zamknął ją w jednej z mieszkalnych części zamku, miała do
swojej dyspozycji kilka komnat i towarzyszyło jej kilka służących.
Beata
i Olbracht w strojach, w których wybrali się w góry.
Prawdą
jest jednak, że Beata była na wycieczce i że Olbracht Łaski kazał
ją uwięzić. Przyczyna zamknięcia była zresztą bardzo prozaiczna
– chodziło o bajeczny majątek Beaty. Gdy przepisała go na męża,
ten ją uwięził, by móc nim dysponować według swojej woli.
Nie
wiadomo skąd wzięła się legenda o Beacie. Polacy twierdzą, że
wymyślili ją Słowacy, którzy uważają, że każdy zamek
musi mieć swoją legendę. Słowacy z kolei podobno nic o Beacie nie
wiedzą, mają nawet bardzo niewielkie pojęcie o rodzinie Łaskich,
która przez kilkadziesiąt lat rządziła w Kieżmarku.
Legenda
jednak została i całkiem nieźle funkcjonuje także dziś. I niech
tak zostanie. Bo ładnie brzmi. Ja w każdym razie chętnie ją
opowiadam - o Beacie, która za miłość do Tatr zapłaciła
straszną cenę.
(więcej
na temat Beaty Łaskiej znajdziecie w następujących publikacjach:
1.
Ryszard Zieliński, Roman Żelewski „Olbracht Łaski. Od Kieżmarku
do Londynu” rozdz. „Posag”,
2.
Zofia Radwańska-Paryska i Witold H. Paryski „Wielka Encyklopedia
Tatrzańska”, hasło: Łaska Beata,
3.
Józef Nyka „Beata Łaska – 450 lat temu” - Głos Seniora
VI/2015 r., strona www.nyka.home.pl
4.
Agnieszka Szymaszek „Księżna, która pokochała Tatry”
Onet/Podróże)
(Niedługo po napisaniu przeze mnie tego tekstu, w polsko-słowackim roczniku TATRY nr 10/2015, ukazał się artykuł Lenki Búrdowej "Dwie miłości Beata Łaskiej". Autorka, powołując się m.in. na tekst Christiana Gemersicha z 1804 r. oraz opowieść kieżmarskiej historyk Nory Baráthovej, odtwarza wydarzenia sprzed 500 lat. W artykule pojawiają się jednak pomyłki, przeinaczone fakty, raczej wymyślone zdarzenia, ma on więc wartość tylko i wyłącznie ciekawostki, ukazującej stan wiedzy (a raczej niewiedzy) Słowaków o historii Beaty Łaskiej. Jako taką wartość stanowią reprodukcje kilku grafik, ilustrujących artykuł).
(Niedługo po napisaniu przeze mnie tego tekstu, w polsko-słowackim roczniku TATRY nr 10/2015, ukazał się artykuł Lenki Búrdowej "Dwie miłości Beata Łaskiej". Autorka, powołując się m.in. na tekst Christiana Gemersicha z 1804 r. oraz opowieść kieżmarskiej historyk Nory Baráthovej, odtwarza wydarzenia sprzed 500 lat. W artykule pojawiają się jednak pomyłki, przeinaczone fakty, raczej wymyślone zdarzenia, ma on więc wartość tylko i wyłącznie ciekawostki, ukazującej stan wiedzy (a raczej niewiedzy) Słowaków o historii Beaty Łaskiej. Jako taką wartość stanowią reprodukcje kilku grafik, ilustrujących artykuł).
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz