wtorek, 18 sierpnia 2015

KIEŻMARK, CZYLI ŚLADEM BEATY, KTÓRA ZA MIŁOŚĆ DO TATR ZAPŁACIŁA STRASZNĄ CENĘ

    Przy dobrej pogodzie z Kieżmarku można podziwiać piękną panoramę Tatr. 

Beata była piękną kobietą. Jej uroda olśniewała nawet wtedy, gdy miała 50 lat i w swojej epoce była już uważana za kobietę w podeszłym wieku. Była też bajecznie bogata. Dzięki udanemu zamążpójściu i szybkiej śmierci męża (zmarł pół roku po ślubie), odziedziczyła ogromny majątek, który szybko umiejętnie pomnożyła. Uroda i majątek nie szły w parze z charakterem Beaty – cechowała ją wyniosłość, pazerność, poczucie wyższości i złośliwość.

Beata z Kościeleckich primo voto Ostrogska secundo voto Łaska była też bodaj najbardziej, poza królową Boną, w której czasach żyła, znaną i liczącą się kobietą w Królestwie Polskim i Księstwie Litewskim. Na piedestał wyniosła ją przede wszystkim fortuna, ale też całkowita samodzielność w podejmowaniu decyzji i ogromna niwzależność, co w XVI w. raczej u kobiet nie było spotykane.

Do naszych czasów pamięć o niej przetrwała jednak nie z powodu jej majątku czy dość trudnej osobowości, ale zupełnie innej przyczyny – małego epizodu w jej życiu, który sprawił, że zapisała się na stałe w poważnych opracowaniach dotyczących Tatr, a imię jej jest wciąż powtarzane przez każdego znawcę historii zdobywania naszych gór.

     Zamek w Kieżmarku, tu mieszkała rodzina polskich awanturników: Hieronim, a potem jego syn Olbracht Łaski.

PIERWSZY TURYSTA TATRZAŃSKI BYŁ KOBIETĄ

Beata z Kościeleckich Łaska była bowiem pierwszym znanym z imienia i nazwiska turystą tatrzańskim. Nie turystką, ale turystą, bo pierwszą osobą, która w góry wybrała się dla przyjemności, była właśnie kobieta. I do tego Polka. Co prawda poszła w góry od strony słowackiej (z Kieżmarku), ale była polską księżną (naprawdę była Polką po ojcu, a po matce Czeszką), była żoną Polaka, wyruszyła z zamku, który należał do polskiej rodziny Łaskich i z miasta, które co prawda było węgierskie i zamieszkałe głównie przez Niemców, ale oddane pod zastaw królowi polskiemu, więc też właściwie polskie.

Pierwsza informacja o Beacie jako pierwszej turystce ukazała się dopiero w 1893 r. W swoim artykule Niemiec Samuel Weber napisał, że Beata z Kościeleckich Łaska w 1565 r. odbyła podróż do Doliny Kieżmarskiej. W 1925 r. kolejny Niemiec Jan Duerr podał szczegóły tej wyprawy: najpierw powozem, potem konno dotarła do Zielonego Stawu. Źródło tej informacji znajduje się w kronice Kieżmarku (pisanej również po niemiecku) z czasów pobytu Beaty w mieście – kronikarz zapisał, że Beata w Zielone Świątki udała się w otoczeniu licznych mieszczan w Śnieżne Góry (tak wtedy nazywano Tatry). W 1804 r. Niemiec Christian Genersich w swojej pracy poświęconej Kieżmarkowi (pisanej po niemiecku) zamieścił informację, że Beata wybrała się w góry i „znajdowała ona wiele upodobania w tej okolicy”. Niemcom zatem nasza rodaczka zawdzięcza swoje zaszczytne miejsce w historii zdobywania Tatr.

W ciągu dziesięcioleci od ogłoszenia Beaty pierwszą tatrzańską turystką ukazało się także kilka prac polskich, których autorzy próbowali odtworzyć tamto wydarzenie. Przez wiele lat podawano, że Beata odbyła wycieczkę w Zielone Świątki 11 czerwca 1565 r. Wyruszyła w otoczeniu licznej służby powozem z Kieżmarku (w linii prostej do Doliny Kiezmarskiej jest 12 km), następnie podróżowała konno i prawdopodobnie dotarła aż do Zielonego Stawu (choć tu nie ma pewności). Niektóre źródła podają, że Beata udała się w góry z mężem, Olbrachtem Łaskim.

Czy rzeczywiście tak było? Józef Nyka, znawca Tatr, autor najpopularniejszych przewodników tatrzańskich, poddał całkiem niedawno w wątpliwość wszystkie przekazywane dotąd fakty poza datą wycieczki i tym, że się odbyła. Twierdzi, że Beata nie mogła udać się do Doliny Kiezmarskiej, bo po pierwsze podróż taka wtedy zajmowała bardzo dużo czasu i Beata musiałaby nocować w górach, a wycieczka trwała tylko jeden dzień, a po drugie nie mogła tam dojechać ani powozem, ani konno, bo było to wtedy niemożliwe, bardzo trudno było pokonać tę drogę nawet pieszo. Na podstawie źródeł historycznych dotyczących Kieżmarku, Józef Nyka wysnuwa wniosek, że Beata pojechała z mężem na obchody Zielonych Świątek, które już wtedy odbywały się u podnóża Sławkowskiego Szczytu. Beata trafiła ze swoją wyprawą do kroniki miejskiej ze względu na to,że w tamtych czasach było niespotykane, aby kobieta z jej sfery wybrała się w towarzystwie mieszczan na mieszczański festyn. Kronikarz postanowił odnotować to niesłychane zdarzenie.

Z tą wyprawą związana jest piękna, choć smutna legenda. Mówi ona, że Beata, gdy po przyjeździe z nowo poślubionym mężem do jego zamku w Kieżmarku zobaczyła Tatry, tak się w nich zakochała, że postanowiła zobaczyć jej z bliska. W tajemnicy przed mężem wybrała się na wycieczkę nad Zielony Staw do Śnieżnych Gór. Gdy wróciła, okrutny mąż, za to, że bez jego wiedzy i zgody sama pojechała w góry, kazał ją zamurować w wieży i więził ją tam sześć długich lat. W wysokiej wieży znajdowały się dwa okna – przez jedno podawano Beacie w uwiązanym na sznurku koszu jedzenie, a przez drugie mogła patrzeć na swoje ukochane Tatry.

DZIWNE MIASTO

     Główna uliczka w mieście - czysta, zadbana i pusta.

To właśnie ta legenda oraz to, że jestem imienniczką pierwszej tatrzańskiej turystki (co nieraz z dumą podkreślam) przywiodły mnie do Kieżmarku. Chciałam zobaczyć Tatry z miejsca, z którego patrzyła na nie Beata i wejść do wieży, w której została uwięziona.

Do Kieżmarku dotarłam przez Porad. Do Popradu przyjechałam polskim autobusem z Zakopanego, a stamtąd pociągiem osobowym do Kieżmarku. Nie mam samochodu, nie mam nawet roweru i przyznaję, że przemieszczanie się środkami komunikacji publicznej u naszych południowych sąsiadów nie jest łatwe. Wciąż jest się uzależnionym od rozkładów jazdy, które raczej nie są dostosowane do potrzeb podróżników. Po Słowacji ciężko podróżuje się też w niedzielę - autobusy i pociągi jeżdżą wtedy o wiele rzadziej niż w dzień powszedni. Za to w weekend jest większa szansa, że bez problemów załapiemy się na zwiedzanie zamku czy muzeum z przewodnikiem.

Anglik Rob Humphreys w przewodniku po Słowacji z 1997 r. napisał o Kieżmarku, że jest to „dziwne miejsce, łączące w sobie typowe cechy niemieckiego miasteczka i sennej słowackiej wioski”. Może nie do końca zgodzę się z określeniem „dziwne”, ale rzeczywiście, gdy pospacerujemy trochę dłużej po Kieżmarku zobaczymy, że sąsiadują tu ze sobą ulice i domy, pochodzące z różnych światów. Główna uliczka miasteczka z dumą prezentuje rzędy uroczych 18-to i 19-to wiecznych mieszczańskich kamieniczek w pistacjowych kolorach. Na sąsiedniej ulicy stoją parterowe domy ze spadzistymi dachami, charakterystyczne dla starej wsi. Po przejściu przez drogę przelotową przez miasto zobaczymy typowe socjalistyczne bloki z praniem wywieszonym na balkonach. Wzdłuż rzeki stoją ustawione jeden obok drugiego współczesne dacze, ogrodzone metalowymi siatkami i z psami na podwórku. No i są jeszcze kościoły wybudowane w różnych stylach i okazałe protestanckie pałace. Pomieszanie z poplątaniem, które pokazuje, że Kieżmark przez lata był miejscem zamieszkania różnych narodowości, ludzi pochodzących z różnych sfer i wyznawców różnych religii.

    Wiejska część miasta, sporo tu takich miejsc.

Jednym z najcenniejszych zabytków tego małego miasteczka (ok. 13 tys. mieszkańców) jest kościół artykularny – jeden z sześciu zachowanych na Słowacji do dziś i jeden z trzech wpisanych na listę UNESCO. Powstał na początku XVIII w., jest do dziś funkcjonującą świątynią protestancką. Zbudowany został z drewna, ma bielone ściany i wygląda trochę jak kwoka wysiadująca pisklaki, ale robi naprawdę niesamowite wrażenie. Warto zobaczyć to cacko.

    Kościół artykularny – do dziś służy lokalnym ewangelikom.

Skoro już o sprawach duchowych, to koniecznie też trzeba zajrzeć na zabytkowy cmentarz – znajdują się tu groby słowackich katolików (na środku), a wokół grobowce mieszkających tu kiedyś Węgrów i Niemców – każdy z nich wygląda jak fasada mieszczańskiej kamienicy, też pomalowany w pistacjowe kolory.

    Pistacjowe grobowce na zabytkowym cmentarzu.

Warto zresztą przespacerować się po całym miasteczku i obejrzeć także ratusz, budynek liceum ewangelickiego, redutę, zachowany do dziś fragment murów obronnych z czasów średniowiecza czy budynek dworca kolejowego, pamiętający czasy CK Monarchii.

DWA OKNA W WIEŻY

    Wieża, w której zgodnie z legendą, została zamurowana Beata.

Oczywiście najważniejszą budowlą w Kieżmarku jest zamek. Został wybudowany w połowie XV w. jako zamek gotycki, potem wielokrotnie był przebudowywany, zyskał styl renesansowy, następnie barokowy. Pierwszymi jego właścicielami byli Węgrzy Zapolyowie, w XVI w. zamek dostał się w ręce polskiej rodziny Łaskich, potem przejęła go węgierska rodzina Thököly. Już w XVIII w. zamek przeszedł na własność miasta. Dziś mieści się tu muzeum, prezentowane są też wystawy ukazujące dzieje zamku i związane z nim rodziny oraz kilka ważnych osobistości i wydarzeń z dziejów miasta.

Mnie oczywiście najbardziej interesowało miejsce, w którym została uwięziona Beata. Docieramy do niego prawie na samym końcu zwiedzania, być może dlatego, że oglądaniu wieży towarzyszy atrakcja - podziwianie panoram Kiezmarku i Tatr z górnej części budowli, a atrakcje powinny pojawiać się na końcu.

Wieża została postawiona ze średniowiecznych ociosanych kamieni, jest okrągła, ma wysokość około trzech-czterech pięter, posiada cztery małe okna, a jej średnica wynosi może 20 metrów; dziś jest pokryta drewnianym dachem. Robi dość ponure wrażenie, wieje chłodem i pustką. Aż trudno uwierzyć, że Beata przeżyła tu sześć lat i nie zwariowała. Aby zobaczyć kawałek świata musiała wejść po schodach (których już nie ma) i wyjrzeć przez małe okienko. Przez jedno z nich rzeczywiście, przy ładnej pogodzie, można podziwiać panoramę Tatr, wczesnym latem wzbogaconą o ścielącą się u podnóża ogromną żółtą łąkę. Drugie okienko, tych samych rozmiarów, wychodzi na miasteczko, ale Beata podobno przez to okno nie wyglądała, tędy odbierała koszyk z jedzeniem.

    Taki widom mogła mieć Beata z jednego z okien wieży.

Legendę o okrutnym Olbrachcie i jego nieszczęsnej żonie usłyszymy od przewodniczki. Niestety, mój słowacki jest jeszcze zbyt słaby, bym mogła wyjaśnić pewne ewidentne nieścisłości rzucające się już od pierwszej chwili pobytu w wieży. Choćby schody,o których mówiła przewodniczka - nie ma po nich śladu. Może Beata do okna dostawała się wchodząc po drabinie? Do okien też mam zastrzeżenia – bo w wieży jest ich cztery, a nie dwa i wyraźnie wszystkie pochodzą z tego samego czasu. I dalej - czy wieża była zadaszona już za czasów Beaty? Dach wygląda, jakby pojawił się najdalej w ubiegłym stuleciu. I jak Beata przetrwała sześć lat w zimniej wieży i nie zapadła na zapalenie płuc? Zresztą, jeśli przejrzymy opracowania historyczne to zobaczymy, że Olbracht więził żonę przez 11, a nie 6 lat. Jak było więc naprawdę?

    Wnętrze wieży i okna – przygnębiający widok.

Beata została w kieżmarskim zamku na zawsze. Co prawda, gdy po 11 latach została uwolniona, pojechała do Koszyc i tam po roku zmarła, ale jej zwłoki zostały przywiezione z powrotem do Kiezmarku i tu została pochowana w zamkowej kaplicy, prawdopodobnie tej, którą oglądamy (z góry) na sam koniec zwiedzania i która stanowi najstarszą zachowaną część zamku.

Przy wyjściu czeka nas jeszcze jedno spotkanie z Beatą. W 2012 r. w Kieżmarku odbyła się konferencja naukowa poświęcona rodzinie Łaskich i jej związkom z miastem. To wtedy spróbowano odtworzyć stroje, w jakich Olbracht i Beata prawdopodobnie wybrali się w góry. W szklanych gablotach stoją dwa manekiny naturalnych rozmiarów w strojach z tamtej epoki.

PIWO I PAPIEROSY

Kieżmark to bardzo urocze miasteczko, ale uśpione swoim lenistwem. Kiedy tu przyjechałam, ulice były puste i przez cały czas wydawało mi się,że wciąż trwa wczesny poranek, a ludzie przekręcają się z jednego boku na drugi i nawet nie myślą o tym, by wstać, a co dopiero gdzieś wyjść.

Są jednak dwa miejsca w Kieżmarku, które tętnią życiem od samego rana - to dwa bary piwne, jeden blisko dworca, drugi zaraz przy zamku. Już z daleka słychać dochodzący z nich gwar, głośne rozmowy i śmiechy. W takich barach przesiadują mężczyźni. Przychodzą napić się piwa, a przy okazji pogadać z kumplami, nawet jeśli jest dopiero ósma rano.

    Reklama piwa Tatran na fasadzie baru piwnego niedaleko dworca, podobno Tatran na Słowacji jest o wiele popularniejszy nZlatý Bažant.

Piwo nie było dla mnie zaskoczeniem, w końcu to zwyczaj ogólnosłowiański. Ale papierosy już mnie trochę zdumiały. My Polacy bywamy dość restrykcyjnym narodem i każdy zakaz jest dobrą okazją, by pozatruwać życie innym. Słowacy – przeciwnie. Są raczej wyluzowani i tolerancyjni dla swoich małych przywar.

Kiedy na stacji w Kieżmarku czekałam na pociąg do Popradu, nadjechał skład w przeciwną stronę, drzwi się otworzyły i wysiadło kilka osób obojga płci. Stanęli na peronie, wyjęli papierosy i rozmawiając spokojnie i bez pośpiechu palili. Kiedy wszyscy skończyli i wsiedli z powrotem, konduktorka dala znak do odjazdu i pociąg pojechał dalej. I to jest chyba powód dla którego pociągi na Słowacji jeżdżą trochę niepunktualnie.

LEGENDA ZOSTAŁA

Oczywiście opowieść o szlachetnej Beacie, która zapałała miłością do Tatr i za tę miłość została okrutnie ukarana, to bujda na resorach. Podobno wcale nie wyrwała się w góry podczas nieobecności męża, a wręcz z mężem podróż odbyła. Podobno wcale nie wybrała się nad Zielony Staw w Dolinie Kiezmarskiej, ale do znanego wtedy zdroju, mieszczącego się na terenie obecnego Starego Smokowca, dotarła więc do podnóża gór, a nie w góry. Podobno wcale nie pojechała tam, by zobaczyć z bliska „Śnieżne Góry”, ale na doroczne obchody Zielonych Świątek. I podobno wcale nie wyruszyła z chęci zamanifestowania swojej niezależności, ale z chęci przypodobania się mieszkańcom Kiezmarku, którym nie przypadła do gustu ponad 20 lat starsza żona pana na ich zamku. Podobno też Beata wcale nie została zamurowana w wieży z jedną służącą, ale mąż zamknął ją w jednej z mieszkalnych części zamku, miała do swojej dyspozycji kilka komnat i towarzyszyło jej kilka służących.

    Beata i Olbracht w strojach, w których wybrali się w góry.

Prawdą jest jednak, że Beata była na wycieczce i że Olbracht Łaski kazał ją uwięzić. Przyczyna zamknięcia była zresztą bardzo prozaiczna – chodziło o bajeczny majątek Beaty. Gdy przepisała go na męża, ten ją uwięził, by móc nim dysponować według swojej woli.

Nie wiadomo skąd wzięła się legenda o Beacie. Polacy twierdzą, że wymyślili ją Słowacy, którzy uważają, że każdy zamek musi mieć swoją legendę. Słowacy z kolei podobno nic o Beacie nie wiedzą, mają nawet bardzo niewielkie pojęcie o rodzinie Łaskich, która przez kilkadziesiąt lat rządziła w Kieżmarku.

Legenda jednak została i całkiem nieźle funkcjonuje także dziś. I niech tak zostanie. Bo ładnie brzmi. Ja w każdym razie chętnie ją opowiadam - o Beacie, która za miłość do Tatr zapłaciła straszną cenę.

(więcej na temat Beaty Łaskiej znajdziecie w następujących publikacjach:
1. Ryszard Zieliński, Roman Żelewski „Olbracht Łaski. Od Kieżmarku do Londynu” rozdz. „Posag”,
2. Zofia Radwańska-Paryska i Witold H. Paryski „Wielka Encyklopedia Tatrzańska”, hasło: Łaska Beata,
3. Józef Nyka „Beata Łaska – 450 lat temu” - Głos Seniora VI/2015 r., strona www.nyka.home.pl
4. Agnieszka Szymaszek „Księżna, która pokochała Tatry” Onet/Podróże)

(Niedługo po napisaniu przeze mnie tego tekstu, w polsko-słowackim roczniku TATRY nr 10/2015, ukazał się artykuł Lenki Búrdowej "Dwie miłości Beata Łaskiej". Autorka, powołując się m.in. na tekst Christiana Gemersicha z 1804 r. oraz opowieść kieżmarskiej historyk Nory Baráthovej, odtwarza wydarzenia sprzed 500 lat. W artykule pojawiają się jednak pomyłki, przeinaczone fakty, raczej wymyślone zdarzenia, ma on więc wartość tylko i wyłącznie ciekawostki, ukazującej stan wiedzy (a raczej niewiedzy) Słowaków o historii Beaty Łaskiej. Jako taką wartość stanowią reprodukcje kilku grafik, ilustrujących artykuł).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz